Nowa afera

2010-09-16
 
opinie: 1
 
 Edit Post
Dzisiejszego poranka, a właściwie to w nocy, tvn24 dostało w prezencie od władz Warszawy nową pożywkę. Rano, podczas przygotowywania jedzenia do pracy i spożywania porannej kawy, tradycyjnie miałem włączoną tą telewizję informacyjną, w której prowadzący przez bite 20 minut opowiadał o usuniętym sprzed Pałacu Prezydenckiego krzyżu. Na całość jego relacji składały się trzy zdania, wypowiadane w różnych konfiguracjach: "w nocy ktoś usunął krzyż, półtora miesiąca od ustaleń z kościołem i harcerzami krzyż zniknął, nie ma już krzyża przed Pałacem Prezydenckim". I tak w koło Macieju... Szykuje się niezły cyrk.

Najbardziej zasadnym pytaniem teraz zdaje się być jedno: gdzie jest krzyż?

fot. East News
 

Foto: woda w Tychach

2010-05-18
 
opinie: 2
 
 Edit Post
Poniższe zdjęcia zrobiłem nad jeziorem Paprocańskim i w jego najbliższych okolicach. Do tragedii brakuje już niewiele. A deszcze wciąż pada...







































 

Niedzielny relaks

2010-05-11
 
opinie: 1
 
 Edit Post
Niedzielne popołudnia spędzałem już na wiele sposobów. Takich zupełnie zwyczajnych i mniej popularnych. W każdym razie w ubiegłą niedzielę zadebiutował w moim katalogu rodzajów spędzania czasu marsz na orientację ze wzrokiem wbitym w ziemię. Niby wielką nowością nie jest, gdyż stanowi modyfikację jednej z popularniejszych metod przemieszczania się w terenach zielonych przy ładnej pogodzie. Do zwykłego szwędania się po łące dodałem szukanie buta. Synchroniczne. W sensie z kumplem, który owego buta zgubił w bliżej nie znanych sobie okolicznościach podczas powrotu z mojego do swojego domu. Teren do przeczesania był większy niż moglibyśmy przypuszczać, ponieważ nie była (nie jest oraz nigdy nie będzie) znana trasa nocnego przemarszu. Poziom trudności zadania podniosła drzemka, ucięta przez owego kolegę w miejscu, które wymagało znacznego zboczenia z kursu jaki powinien był obrać na drodze z punktu A do punktu B. Ślady błota oraz wody na ubraniu sugerowały przejście przez teren budowy nowego osiedla (w nocy, bez świateł, w błocie i kałużach, w stanie który określić można mniej więcej tak: „dwa kroki wprzód, trzy w tył”) lub jej najbliższej okolicy. Godzinny spacer po okolicach typowanych przez nas na odwiedzone przezeń w nocy nie przyniósł zadowalających rezultatów. Odejście buta do Krainy Znoszonych Trzewików uczciliśmy gromkim śmiechem.
Dawno się tak nie uśmiałem.


Fotografia zassana: http://www.photographyontherun.com/default.aspx
 

Bojkot

2010-04-29
 
opinie
 
 Edit Post
Przypomniała mi się właśnie pisowska akcja bojkotowania stacji TVN. Kiedy to z nieskrywaną dumą odwracali głowy od mikrofonów z charakterystycznym logiem, nie przyjmowali i nie byli zapraszani do programów publicystycznych. Z jednej strony musieli się czuć niebywale – olali sikiem prostym największą prywatną telewizję w Polsce. Z drugiej jednak zdecydowana większość polityków ma „parcie na szkło”, a tu nie było jak się zaprezentować publiczności szerszej niż w radiu, które ma ryja i program TV.

Sami jesteśmy winni takiemu stanowi rzeczy: i media, i my - odbiorcy. Grupy dziennikarzy, ekspertów, quasi-ekspertów i polityków przegadują godziny w programach publicystycznych analizując wypowiedzi innych polityków, quasi-ekspertów, ekspertów i dziennikarzy. Tworzą opinie na podstawie opinii. My roztrząsamy każde zdanie wypowiedziane przez gadające głowy – czy to mądre i wartościowe czy też kompletnie bzdurne i nie mające sensu. Dyskutujemy i przekazujemy informacje nieistotne. Jak lawina.

A gdyby tak to media zbojkotowały polityków? Wyobraźcie sobie Beatę Kempę wychodzącą z posiedzenia Sejmowej Komisji ds. wyjaśnienia sprawy niewyjaśnianej na pusty sejmowy korytarz. A tu ani pół dziennikarza, ani pół mikrofonu. A Eugeniusza Kłopotka, najczęściej przepytywanego w głównym holu Sejmu, rozglądającego się za kamerami i błyskami fleszy. Albo pierwszego lepszego posła na Sali Plenarnej, który zamiast brać udział w pracach Sejmu z przerażeniem wertując jakiś dziennik w poszukiwaniu politycznych wiadomości natrafia na sport, kulturę, sztukę i kulinaria, znajdując obiekt swego pożądania na ostatniej stronie.

Marzenie ściętej głowy. Choć samo wyobrażenie zakłopotanych min wiecznie obecnych w mediach gadających gąb dała mi sporo dobrej zabawy.

Fotografia z pl.wikipedia.org
 

Science-fiction

2010-04-10
 
opinie: 5
 
 Edit Post
To co się dzisiaj wydarzyło w Smoleńsku nadal wydaje mi się być scenariuszem z filmu science-fiction. To wydarzenie bez precedensu. Cios podobny do tego zadanego przez NKWD 70 lat temu. Nie chce mi się wierzyć w prawdziwość tej katastrofy. Wczoraj w nocy w pubie czytałem na onecie, że według najnowszych sondaży Lech Kaczyński dogania Komorowskiego (śmiałem się w sercu, pewnie dziadu, doganiaj i tak przegrasz). A dzisiaj Polska nie ma prezydenta. Nie kochałem Kaczyńskiego, ale było nie było, to była głowa naszego Państwa. Nie życzyłem mu dobrze, ale szkoda mi tego, że tak skończył.

Wraz z nim zginęła cała grupa osób mających większe lub mniejsze znaczenie dla naszego Państwa. Jeszcze kilka dni temu widziałem w telewizorni Gęsicką grzmiącą na konferencji prasowej PiSu. Dopiero co Kurtyka wypowiadał się dla wiadomości TVP w sprawie ustawy o IPN. Wczoraj Skrzypek interweniował na rynku walutowym. Jaruga-Nowacka i Szmajdziński uczestniczyli w Manifie w blasku reflektorów i piknikowej atmosferze. Wczoraj Stasiak wypowiadał się na temat uczestnictwa Prezydenta na obchodach zwycięztwa nad Niemcami w Moskwie. Putra niedawno zgolił wąsy i poruszył tym wszystkie media.

To mi się w pale nie mieści.

Nizależnie od poglądów, strony zajmowanej na scenie politycznej, od mojej chęci lub niechęci do zmarłych osób: requiescat in pace.
 

Koniec zimy?

2010-03-19
 
opinie: 3
 
 Edit Post
Kiedy przedwczoraj wychodząc do pracy zobaczyłem warstwę śniegu na samochodzie opadły mi ręce. Ile można – pytałem siebie samego. Zimno, wilgotno, szaro i ponuro. Motywacja do zrobienia czegokolwiek była wprost proporcjonalna do słupka rtęci w termometrze. Dzień później mile zaskoczył mnie termometr w samochodzie, wskazując pięć stopni na plusie. I to przed dziewiątą rano.

Dzisiejsze wyjście z domu było chyba najprzyjemniejszym w tym roku. Powietrze jest już przesycone zapachem nadchodzącej wiosny. W przeciągu dwóch dni moje (i zapewne przeważającej większości współobywateli) nastawienie do życia odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Teraz tylko wyglądać pierwszych zielonych liści i odżywających traw.

Zimie już dziękuję.
 

Ugotuj to

2010-03-01
 
opinie: 3
 
 Edit Post
Na zainteresowanie gotowaniem miało wpływ kilka czynników. Na pierwszy plan wychodzi rzucenie palenia ponad trzy lata temu. To wtedy, po dziesięciu latach nałogu, zacząłem odczuwać prawdziwe smaki potraw. Po kilku miesiącach zauważyłem, że jem rzeczy, których paląc nigdy bym nie tknął. Brokuły, sery pleśniowe czy oliwki to zaledwie wierzchołek góry lodowej smaków, które wtargnęły do mojego jadłospisu. Kolejnym czynnikiem była dieta wymagająca ode mnie codziennego przygotowywania gorących posiłków. Tutaj mogłem się na sobie wyżyć kombinując z przyprawami. Zacząłem szukać nowych smaków. Już wtedy zauważyłem, że przygotowanie ciekawego posiłku oraz jego atrakcyjne podanie sprawia mi przyjemność. Do tego doszły wyprawy do Włoch, gdzie zakochałem się w ichniejszej kuchni.

Kiedy zamieszkałem w swoim mieszkaniu dalej zacząłem szkolić się w sztuce kucharskiej - musiałem zaspokoić energetyczne potrzeby mojego organizmu. Mając więcej czasu starałem się ugotować coś ciekawego dla siebie i Ani. Wtedy to właśnie wypłynąłem na poszukiwanie kulinarnego kamienia filozoficznego na oceanie smaków.

Ostatnimi czasy zacząłem się dzielić swoimi kulinarnymi wybrykami z czytelnikami tego bloga. Nie po raz pierwszy (i pewnie nie ostatni) Sim natchnął mnie do założenia oddzielnego bloga, na którym zamieszczałbym przepisy w tradycyjnej formie. Tak też zrobiłem jakiś czas temu, dzięki czemu światło dzienne zobaczył blog ugotujto.blogspot.com. W ramach tego pseudopamiętnika ograniczę się do potraw, z którymi będą wiązać się jakieś szczególne okoliczności.

Mam nadzieję, że dzięki moim doświadczeniom w kuchni odkryjecie nieznany świat smaków i to, że gotowanie może być sztuką.
 

Gratuluję

 
opinie: 2
 
 Edit Post
Gratuluję Ci Aniu niebywałego sukcesu jakim jest wygrana Grand Prix IV edycji konkursu im. Macieja Szumowskiego (o konkursie - k l i k). Zwycięska praca "W górach jest wszystko to co kochał..." opisująca kryzys jaki dotknął Twoją rodzinę jest emocjonalna i osobista. I do tego najlepsza spośród 95 nadesłanych na konkurs reportaży.

Bez zbędnego przesadyzmu: cieszę się z Twojego sukcesu; jestem z Ciebie dumny - po raz kolejny. Mam nadzieję, że aktualne mniejsze i większe sukcesy zapoczątkują ich większe pasmo.

Dzięki owemu Grand Prix spędziliśmy szalony weekend zaliczając w jeden dzień dwie stolice Polski - najpierw Kraków, później Warszawę, w której zaliczyłaś telewizyjny debiut. I żeby nie było nieporozumień - najistotniejszy jest Twój literacki i osobisty sukces, a telewizyjna przygoda jest ciekawostką z nią związaną - k l i k.

Jeszcze raz gratuluję.
 

Nocna kąpiel

2010-02-02
 
opinie: 2
 
 Edit Post
Jeżeli coś się obieca słowa należy dotrzymać. To samo się tyczy sytuacji kiedy obiecało się coś samemu sobie. Taka wewnętrzna konsekwencja. W niedzielę umyśliłem sobie, że w tym tygodniu pójdę na basen przed pracą. Padło na wtorek. Przy moim rozregulowany zegarze biologicznym zaśnięcie przed północą to nie takie proste zadanie, ale jakoś się udało. O 4:50 zaczął wyć budzik. Zwlokłem się z łóżka kwadrans później, by doprowadzić się do stanu używalności i zjeść małe śniadanie. Za dwadzieścia szósta wyszedłem domu. Noc. Ciemno choć oko wykol. Nigdzie nie świeciły się światła w oknach. Nie było samochodów na zazwyczaj ruchliwej ulicy, przy której mieszkam. Termometr w samochodzie wskazywał -11 stopni. Żeby było przyjemniej to szron na szybach okazał się jakiś strasznie oporny dzisiaj. Po drodze na basen natknąłem się na dosłownie kilka samochodów co tylko spotęgowało moje zdziwienie, kiedy wszedłem na basen. Oczom mym ukazała się kolejka do wejścia. O 5:55! Jednak było to złe dobrego początki. Okazało się jednak, że da się pływać bez większych problemów. Za oknem noc i mróz. Pięćdziesiąt minut pływania, dziewięćdziesiąt długości i do pracy, w której zameldowałem się kilka minut po siódmej. Rześki , przyjemnie zmęczony i gotowy do działania.

zdjęcie ze strony http://www.aub.edu.lb
 

Zima jaka jest każdy widzi*

2010-01-29
 
opinie: 3
 
 Edit Post
Lubię zimę. Odkąd sięgam pamięcią. To czas kiedy ponury, brudny jesienny świat przykrywa kołdra białego puchu, a wszystko wygląda ładniej. Do tego potrzebny jest śnieg, ergo musi być zimo. Stąd też od zawsze twierdzę, niezbyt odkrywczo, ale zawsze, że "jest zima na być zimno". Dla tego nie pojmuję zaskoczenia jakie spowodował śnieg w grudniu. Przez wiele dni był wiadomością dnia każdego dziennika, portalu, gazety. Teraz, pod koniec stycznia, kiedy mrozy trwają już kilka dni, a śnieg nie topnieje od kilku tygodni nie widać końca narzekania. Sam momentami mam już dość odśnieżania samochodu kilka razy dziennie, skrobania szyb przed każdym ruszeniem z parkingu. Szlag mnie trafił kiedy w poniedziałek mróz skuł lodem paliwo w moim samochodzie (i zostałem spieszony na kilka dni). Rozumiem też fakt, że takie mrozy i ilości śniegu mogą spowodować w niedługim czasie ogromne powodzie, straty materialne, tragedie dla ludzi. Jednak wychodzę z założenia, że tak jak w lecie świeci słońce, jesienią pada deszcz, tak w zimie są mrozy i śniegi. Klimatu nie zmienimy. Narzekaniem również nic się nie da wskórać. Więc po co tracić energię?

*parafraza wpisu do pierwszej polskiej encyklopedii autorstwa Benedykta Chmielewskiego, "Nowe Ateny".

Autor zdjęcia: Sascha Schuermann
 

Il corso di lingua italiana

2010-01-27
 
opinie: 3
 
 Edit Post
Od jakiegoś już czasu nosiłem się z zamiarem rozpoczęcia nauki włoskiego, lecz nie umiałem znaleźć w sobie motywacji do kolejnego wysiłku. Ta odnalazła się sama. Nie trenowany od dawna i przemęczony umysł zaczął płatać mi figle - problemy z pamięcią. Mój historyk, u którego przygotowywałem się do egzaminu na studia powtarzał mi, że każdy narząd nie używany wiotczeje. I miał rację. Bardzo dawno nie uczyłem się niczego na pamięć, czytam dużo mniej niż kiedyś i stało się. Mózg zaśniedział, rozleniwił się. Jednym z najlepszych ćwiczeń pamięci jest nauka języka obcego. To pomogło mi się zdecydować. Teraz każdy dzień zaczynam z książeczką do nauki włoskiego. W pracy robię powtórki pamięciowe, a wieczorami robię ćwiczenia i słucham lekcji w wersji audio z CD. Pierwsze dni były bardzo deprymujące, bo wydawało mi się, że nie mogę nic zapamiętać. Ale już po kilku dniach nauki zaczyna to iść o wiele lepiej. Do potencjału sprzed lat jeszcze daleko, lecz widzę progres. Każda kolejna lekcja "wchodzi" do głowy dużo szybciej. Jeżeli tylko nie minie mi zapał, to za jakiś czas, kiedy sam poznam podstawy i trochę słówek, zapiszę się na jakieś lekcje. Niezwykle miło było by po włosku porozmawiać o włoskiej kuchni...
 

Agca gwiazdorem

2010-01-19
 
opinie: 5
 
 Edit Post
Rozbroiła mnie telewizja TVN24. Do wczoraj miałem ich za całkiem poważnych, ale sposób przedstawienia momentu opuszczenia więzienia przez Agcę był po prostu żałosny. Najpierw słowa potępienia. Słuchając redaktora prowadzącego poranny program miałem wrażenie, że próbuje mi powiedzieć, że Agca to zbrodniarz przeciwko narodowi Polskiemu. Natomiast tuż za chwilę, już bez komentarza, zdjęcia pokazujące jak Ali opuszcza mury więzienia otoczony wianuszkiem strażników, czy innych jakichś mundurowych. Wszystko to w zwolnionym tempie, z nastrojową muzyką. Wyglądało to dokładnie tak jak powrót bohatera w amerykańskim filmie. Za chwilę tenże redaktor wyraził oburzenie jakoby Agca miał zaproponować Danowi Brownowi wspólne napisanie książki. Poruszony był tym, że do wywiadów z mordercą tureckiego dziennikarza ustawiają się długie kolejki telewizji z całego świata. A gotowe są zapłacić ciężka kasę za wyłączność.

Nie bardzo rozumiem tą podnietę. Na gościa bym nawet nie splunął, bo szkoda mojej śliny. Teraz wystarczy być kryminałem z dobrym życiorysem by stać się gwiazdą. A niekonsekwencja mediów jest rozbrajająca. Z jednej strony go potępiają, z drugiej zaś robią z niego gwiazdę. A powinno się go, kolokwialnie mówiąc, olać.

Poza tym cóż ciekawego może Agca jeszcze powiedzieć. Był ostatnim ogniwem spisku, który zapewne nic nie wie. A jeszcze spaprał robotę. Nie cyngiel a nieudacznik.
 

Adieu

2010-01-14
 
opinie: 2
 
 Edit Post
Wczoraj nadszedł dzień, którego z niepokojem wyglądałem od maja zeszłego roku, kiedy to Ania oznajmiła mi, że udało jej się dostać do programu Erasmus. W jego ramach tegoroczny semestr letni spędzi na uczelni w Metz.

Prosto z pracy pojechałem po Anię i jej toboły. Zejście z czwartego piętra z walizką i torbą sprawiło, że na moje czoło wystąpił pot. Do odwózki przyłączyła się siostra Ani wraz z kilkumiesięczną córką oraz ich matka. Walizka mocno mnie zmęczyła na odcinku samochód-dworzec autobusowy. Nieco zdezorientowani brakiem oznaczeń stanowisk postanowiłem zasięgnąć języka na dworcu PKS. Podszedłem do okienka informacji z biletem w ręku i zostałem zastrzelony klasycznym peerelowskim podejściem do człowieka. Za szybą siedziało tłuste babsko, które zerknąwszy na bilet od razu rzuciła: „to mnie nie dotyczy” i obróciła się do mnie rzycią. Zagotowało się we mnie. Po niewczasie okazało się, że szybie dzielącej mnie od potwora przyklejona była kartka z dająca jasno do zrozumienia, że nie udziela się informacji na temat tras międzynarodowych. No cóż, trzeba sobie było poradzić inaczej. Biura sprzedające bilety były już nieczynne, więc pozostał rekonesans w terenie. Razem a Anią sprawdzaliśmy słupy z rozkładami jazdy PKS. Na jednym z nich była tabliczka Eurobus, linii która nas interesowała. Wróciliśmy do poczekalni, a na dworzec zaczął wjeżdżać autobus z oznaczeniami wyżej wspomnianej linii. Zebraliśmy manele i dawaj przez cały dworzec do autokaru, który okazał się obsługiwać inną trasę. Chwilę poczekaliśmy na zewnątrz, ale ziąb zagonił nas do budynku. Kiedy tylko wpakowaliśmy się do środka podjechał właściwy autobus. Ostatni uścisk, całus i odjazd.

Na razie jeszcze nie dociera do mnie fakt, że nie zobaczę się z Anią przez najbliższych kilka miesięcy. Pewnie tęsknota zaatakuje mnie za kilka dni. Nie będą to miłe miesiące. Niemniej jestem z niej dumny i cieszę się tym, że czeka ją wspaniała przygoda.
 

WOŚP

2010-01-10
 
opinie
 
 Edit Post
Dzisiaj odbywa się kolejny, osiemnasty już finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jest to inicjatywa, która ma moje pełne poparcie. Darzę ją sympatią i wspieram na tyle ile mogę. W ten jeden dzień wydaje mi się, że Polacy potrafią być razem, być milsi, podzielić się ciepłem i tym co mają. Na co dzień wyścig szczurów, walka o przetrwanie, byt, rodzinę i wszystko inne co czyni, że zamieniamy się w nieczułe na cudzą krzywdę osoby. W dzień Orkiestry panuje jakiś taki nienamacalny, ale wyczuwalny pierwiastek, który scala nas ze sobą.

Jak co roku, w ramach wsparcia Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, organizuję licytacje oraz koncert w swoim pubie. W tym roku do licytacji dorzucam replikę kalendarza Azteków, którą to przywiozłem z Meksyku. Jak zawsze zasilę puszkę wolontariusza. Bo uważam, że warto. Znam kilka osób, których dzieci mają lepsze życie (żeby nie mówić, że w ogóle je mają) właśnie dzięki sprzętowi podarowanemu przez fundację Owsiaka. Mam nadzieję, że w przyszłości nie będę musiał dziękować WOŚPowi za pomoc w leczeniu czy ratowaniu dziecka. Jeśli jednak coś takiego miałoby miejsce, to wolę wesprzeć tę fantastyczną akcję już dziś.

A jak się komu nie podoba to może zawsze wesprzeć o. Rydzyka i jego imperium, które jest największym antagonistą Owsiaka. Jeszcze nie przeglądałem mediów, alem pewien tego, że już Radio, które Ma Ryja psioczy na WOŚP.

Siema!
 

Mosiężna tabliczka

2010-01-08
 
opinie: 1
 
 Edit Post
Miło było otworzyć wczoraj skrzynkę na listy. Zazwyczaj pisze do mnie Era, Wspólnota Mieszkaniowa, Wodociągi, Urząd Skarbowy, Saturn czy OBI. Wczoraj napisał do mnie Żyd, z którym ostatnio doszedłem do porozumienia w sprawie zastąpienia glinianej tabliczki mosiężną. Zapalone złote światło dotarło do mnie w postaci karty Visa Gold. Teraz będę się czuł znacznie bardziej bezpiecznie na wszelkich wyjazdach. W razie awarii samochodu, wypadku czy też potrzeby bezproblemowego dostępu do pieniędzy. Już nie będzie kłopotu z wypożyczeniem samochodu. A raz mi się niestety zdarzyło coś takiego we Włoszech. Zdrowo się nagimnastykowałem, żeby nie utknąć na lotnisku na cztery dni. Czas na zdobycie większego zaufania Hanzy i do motocykla coraz bliżej.
 

Practical jokes

2010-01-05
 
opinie: 6
 
 Edit Post
Nie potrafię odnaleźć polskiego odpowiednika practical joke. Jedyne co przychodzi mi na myśl to dowcip lub psikus. A te, jako osoba zazwyczaj wesoła, upodobałem sobie w pracy. Nie przepadam za sztywną atmosferą w biurze, więc staram się ją raz na jakiś czas rozluźnić, robiąc właśnie psikusy. Maja rozbawić, być niewinne, wprawić w delikatne zakłopotanie. Nie służą natomiast obrażeniu kogoś. Nie są również wyrazem złośliwości.

Najlepszym momentem do przygotowania psikusa są urlopy. Daje to odpowiednia ilość czasu na przygotowanie dowcipu.

Podczas letniego urlopu DT, postanowiłem że przygotuję dla niego coś specjalnego. Pierwszego dnia jego nieobecności zakupiłem w OBI rzeżuchę. Następnego przygotowawszy odpowiednio klawiaturę (pod klawisze napchałem ręczników papierowych w celu utrzymania odpowiedniej wilgoci) zasiałem całe opakowanie Cardamine pratensis, czyli rzeżuchę łąkową. W dwa tygodnie wyrosła na kilka centymetrów. Do biurka DT przychodziły tłumy współpracowników – zobaczyć na własne oczy rzeżuchę rosnącą w klawiaturze.

Tydzień przedświąteczny ŁS zdecydował się odpocząć od pracy. Jakież było jego zdziwienie, gdy w pierwszy dzień w pracy nie zastał na swoim biurku nawet długopisu. Komputer, korytka, katalogi, a nawet podkładki zostały skrzętni ukryte. Kilka godzin minęło nim zasiadł przy swoim biurku.

Na kolejny żart przyszedł czas kilka dni później kiedy to na wyjazd zdecydował się DT. Tym razem, z pomocą współpracownika, zawinąłem wszystkie rzeczy na jego biurku w gazety. Monitor, klawiaturę, myszkę, korytka, kalkulator, nawet orzechy włoskie i długopisy. Widok takiego biurka – rewelacyjny.

Teraz pozostaje czekać na zemstę...
 

Potęga plotki/pogłoski

2010-01-03
 
opinie
 
 Edit Post
Obserwując świat dookoła nie trudno oprzeć się wrażeniu, że plotka w codziennym życiu osiągnęła szczyty popularności. Widać ją wszędzie: służy promowaniu, a później niszczeniu karier politycznych, manipulowaniu społeczeństwem, kształtowaniu opinii publicznej czy wpływaniu na nastrojach tejże. Jest w obecna w pracy, wśród znajomych bliższych i dalszych. Z samej definicji plotki wynika, iż jest to kłamliwa opinia o osobie trzeciej. Większość ludzi przekazując plotki dalej nie zadaje sobie trudu sprawdzenia tychże. Może to mieć wiele przyczyn: brak wiedzy, umiejętności niezbędnych do zbadania plotki, zaniedbanie, złośliwość. Zapewne jest ich o wiele więcej, te wydają mi się najbardziej oczywiste.

Wobec plotki wszyscy jesteśmy bezradni. Dysponenci plotek wiedzą dobrze, że te skutecznie zamykają usta osobom pomawianym, gdyż próba walki obrony, sprostowania powoduje, efekt odwrotny do zamierzonego. W takich momentach prawdziwe zdaje się powiedzenie - tłumaczy się winny.

Żeby uwierzyć w potrzeby plotkowania wśród rodaków wystarczy spojrzeć na popularność pudelkó, pomponików i innych temu podobnych serwisów. Inne nie pozostają w tyle. Onety, Interie czy WuPe gonią za tanią sensacją. Wystarczy porównać tytuły wiadomośći z polityki, gospodarki czy sportu na gazeta.pl czy tvn24.pl i WuPe, żeby zobaczyć różnicę.

Do czego tak w ogóle piję? Otóż do tego, że w dniu sylwestrowym zadzwonił do mnie znajomy z pytaniem czy nie otworzyłbym jednak pubu, bowiem im przepadłą okazja na świętowanie nadejścia Nowego Roku. Lokal (Awangarda), w którym mieli spędzić szampańską noc spłonął poprzedniej nocy. Dzień później zadzwonił znajomi mojej barmanki i zapytał, czy to prawda, że Undergound Pub spłonął. Wystarczył jeden dzień i ktoś "spalił" mój lokal.

PS. Różnica pomiędzy plotką a pogłoską jest taka, że plotka dotyczy osób, natomiast pogłoska zdarzeń i miejsc.
 

Fajerwerki to za mało

2010-01-02
 
opinie
 
 Edit Post
We Francji narodziła się nowa tradycja sylwestrowa. Otóż ci, którym wybuchowe rakiety wystrzeliwane z butelek, petardy czy kapiszony nie wystarczają, postanowili uatrakcyjnić swoje imprezy podpalanymi samochodami. Tak jak w latach poprzednich, tak i w tym roku chuligani spalili ponad 1100 samochodów na terenie całej Francji, pomimo mobilizacji żandarmerii. Od lat w kraju nad Sekwaną jest gorąco od konfliktów na tle wyznaniowym i rasowym. Władze nie mają najmniejszego pomysłu na rozwiązanie tych problemów, a gówniarze ucząc się na walkach z policją, znaleźli sobie doskonałą rozrywkę. Miejmy nadzieję, że nasze społeczeństwo, doskonale przyjmujące na polski grunt najgorsze wzory z Zachodu, nie pójdzie w ślady francuskich chuliganów.

Co najmniej 1137 samochodów spłonęło w noc sylwestrową na ulicach francuskich miast mimo dużej mobilizacji policji - poinformował minister spraw wewnętrznych Francji Brice Hortefeux. Przed rokiem spłonęło 1147 aut.

Według rządowych danych, 549 osób aresztowano, a 481 zatrzymano na 48 godzin. W zeszłym roku ta pierwsza grupa liczyła 288 osób, a druga - 219.

onet.pl
 

Przesądy sylwestrowe

2009-12-31
 
opinie: 2
 
 Edit Post
W dniu dzisiejszym kończy się rok. Oprócz imprez sylwestrowych z ostatnim dniem roku wiążą się liczne przesądy i zwyczaje. Sam osobą przesądną nie jestem, ale nie wiedzieć czemu, podświadomie stosuję się do kilku z nich. Otóż w Nowy Rok staram się wchodzić bez długów. Spłacam karty, staram się spłacić raty przed końcem roku. W tym sytuacja ma się nieco inaczej - kredytu na mieszkanie nie ureguluję przed czasem. Traktuję go jako inwestycję, nie jako dług, więc ujdzie. Zawsze też uważałem, że spędzimy cały następny rok z osobą, z którą spędziło się sylwestrową noc. To że Nowy Rok będzie taki jak cały 31 grudnia przyjmuję do wiadomości. Traktuję z przymrużeniem oka, jednak staram się unikać w sylwestra problemów, waśni, kłótni.

Znam jeszcze kilka przesądów, do których się nie stosuję. Mianowicie niektórzy twierdzą, że w Nowy Rok należy wcześnie wstać, by zapewnić sobie dochodowy i pracowity rok. Inni uważają, że w sylwestra wszystkie okna i drzwi powinny być otwarte by Stary Rok mógł wyjść, a Nowy wejść (w Australii było by ok, u nas jedynie na imprezie morsów). Są też tacy, którzy spisują wszystkie przykre wspomnienia na karteczce, aby później ją spalić i w ten sposób się od nich odciąć. Znajdą się osoby, które w sylwestra nie sprzątają, żeby przez przypadek nie wymieść szczęścia z domu.

Są też wróżby sylwestrowe. I tak wróżba dotycząca bąbelków w szampanie mówi, że duże i chaotycznie poruszające się bąbelki wróżą rok przemian, wypadków i romansów. Eleganckie, drobne i unoszące się równymi łańcuszkami do góry, zwiastują spokojny rok na łonie rodziny. Jeśli łańcuszki krzyżują się, to nie należy szastać pieniędzmi i przede wszystkim zadbać o zdrowie. Gwiaździste niebo w sylwestrową noc i piękne słońce o poranku wróżą pomyślny rok. Kobiety rozwiedzione oraz panny, które chcą dowiedzieć się, jakie będzie imię ich przyszłego wybranka, po północy powinny pilnie nasłuchiwać prowadzonych dookoła rozmów. Pierwsze męskie imię, które usłyszą będzie prawdopodobnie imieniem przyszłego męża.

Korzystając z okazji pragnę życzyć wszystkiego najlepszego. Oby nadchodzący rok był lepszy od mijającego. Spełnienia marzeń i wielu sukcesów.
 

Podsumowanie roku

2009-12-29
 
opinie: 6
 
 Edit Post
Końcówki roku obfitują w podsumowania we wszelkich możliwych kategoriach od wybudowanych kilometrów autostrad (te zazwyczaj wyglądają mizernie) przez wyniki reprezentacji koszykarek po najlepszą fryzurę celebrytek według pudelka. Większość z nich przygotowywana jest tylko po to by zapełnić szpalty gazet czy linki w portalach z braku ciekawszych tematów, natomiast niektóre pozwalają zauważyć zmiany, progres (lub regres) w różnych dziedzinach życia na przestrzeni roku.

Zrobienie własnego podsumowania roku daje nam możliwość spojrzenia krytycznym okiem na swoje osiągnięcia, wykonanie planów, osiągnięcie celów, zbliżanie się do marzeń. Każdy na przestrzeni roku ma wzloty i upadki. Warto się zatrzymać się na moment, obejrzeć się za siebie i wyciągnąć wnioski ze swoich poczynań w mijającym roku. Sam zanotowałem wiele sukcesów i przemiłych chwil w roku 2009. Jednak do tej beczki miodu winien jestem dodać łyżkę dziegciu w postaci bardzo bolesnego upadku.

Pierwszym ważnym, o bardzo wysokim poziomie miodności, wydarzeniem był odbiór mieszkania. Nastąpiło to pod koniec stycznia, a i obyło się z małym potknięciem. Otóż odbioru dokonałem dopiero za drugim podejściem, gdy deweloper dokonał wskazanych przeze mnie poprawek. W sumie dość dziwne uczucie, głównie dzięki deweloperskiemu stanowi mojego M (jedynie okna i drzwi wejściowe są wstawione; reszta to gołe ściany, wylewka betonowa, słowem stan niemal surowy), bowiem czułem się jak na budowie, a nie w domu.

Drugim nie mniej ważnym i wynikającym z poprzedniego wydarzeniem w moim życiu było samodzielne wykończenie i umeblowanie tegoż „stanu surowego”. Procesowi planowania, szukania i jeżdżenia po dziesiątkach sklepów związanych z aranżacja wnętrz towarzyszyła mi dzielnie Ania (za co po raz kolejny dziękuję). Doprowadzenie M do stanu umożliwiającego zamieszkanie w komfortowych warunkach zajęło niemal pół roku. Jednym z najmilszych momentów było wejście do pomalowanego już (dwa tygodnie codziennego malowania) mieszkania, kiedy firma układająca panele skończyła czynić swą powinność. Nagle zrobiło się tak czysto, ciepło i przytulnie; jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Kolejnym takim miłym akcentem był ukończony aneks kuchenny (tutaj wielką pomocną dłonią okazał się Drago – dziękuję!). Nadal jednak się nie skończyło; nie mam nadal szafki pod umywalkę czy jakiejś lampy sufitowej w pokoju dziennym. Podejrzewam, że jeszcze wiele wody w Wiśle upłynie nim dokończę wszystkie szczegóły. Goryczkę w tym jakże miodnym wydarzeniu stanowią koszta jakie poniosłem, a raczej to, że przekroczyłem znacznie założenia budżetowe.

Trzecim chronologicznie (nie koniecznie hierarchicznie) jest trzylecie pubu Underground, który wciąż prowadzę. Jest to sukces zważywszy, że praca w gastronomii to praca non-stop. Jeśli pub nie jest otwarty to zawsze trzeba go zaopatrzyć, reklamować, wymyślić i zorganizować imprezy. Największy ból w posiadaniu knajpy to permanentne niewyspanie i przemęczenie. Zdołałem się do tego przyzwyczaić, więc zbyt często nie narzekam. Czasem. Jak padam na pysk, a jeszcze musze coś zrobić.

Czwarte w kolejności jest zapisanie się na kurs prawa jazdy kat. A, czyli uprawniające dosiadanie dwukołowych rumaków. Zapisałem się w kwietniu, lecz na wykłady poszedłem dopiero w maju (na szczęście udało się je szybko odfajkować), a jazdy zacząłem pod koniec czerwca. Pierwsza wizyta na placu manewrowym była przełomowa. Tak jak do tej pory chciałem zrobić kat. A, bo chciałem, tak od pierwszych przejechanych 200 metrów na motocyklu wiedziałem, że to zrobię i dosiądę własnego rumaka. Jazda na tych maszynach jest fantastyczna. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć wspominanej przez motocyklistów „wolności”. Już wiem, że nie dane jest zrozumieć tego cudu niezmotoryzowanemu tak jak szczur lądowy nie zrozumie ochów i achów fanatyka żagli. Egzamin zdałem bez najmniejszego błędu we wrześniu. Mam nadzieję, że na początku roku wejdę w posiadanie pewnej Suzi...

Piąte wydarzenie było niezwykle miłe, szczęśliwie nieokraszone żadnymi nieprzyjemnymi wspomnieniami. Słowo magiczne w każdym calu dla (zapewne) wszystkich pracujących: urlop. Po raz pierwszy od czterech lat dałem radę wygospodarować dziesięć dni pod koniec lipca, zapakować samochód, porwać Anię i ruszyć na Mazury. Kierunek Ruciane-Nida okazał się bardzo trafiony. Pokój przy samym jeziorze, żadnych śniadań, obiadów czy innych ograniczeń. Wypady zwiedzające do Fortu Boyen (plus występ Kabaretu Moralnego Niepokoju), Gierłoż, Olsztyn, Mikołajki (i koncert dixieland ), Pisz i wiele innych atrakcji. Spływ Krutynią, rowery, zbieranie grzybów, pływanie, odrobina leniuchowania. Spędziliśmy wspaniałe chwile na wakacjach.

Szóste doświadczenie równie miłe co ciekawe, czyli opuszczenie rodzinnego gniazda i przejście na tryb samowystarczalny. Pierwsze dni w nowym domu były dziwne. Czułem się dość obco i samotnie, ale to szybko ustąpiło i teraz jest już tylko lepiej. Szczęściem zostałem nauczony gotowania, porządku i radzenia sobie z domowymi problemami.

Siódme doświadczenie również jest znamienne i egzotyczne. Październikowa wyprawa do Meksyku. Jak się nie miało urlopu cztery lata to można to sobie odbić dwoma w ciągu jednego roku, nieprawdaż? Wyjazd ten zaproponowała mi Dominika kilka miesięcy wcześniej, zapraszając mnie do swojej siostry, Roksany, która mieszka tam wraz ze swoim narzeczonym, Pawłem. Bez długiego namysłu przystałem na tą propozycję, wychodząc z założenia, że nie prędko dany będzie mi taki wojaż. Dołączył do nas Mirek i we trójkę udaliśmy się na drugi koniec świata. Byłem męczony przez wiele osób o opis wyprawy na blogu, ale (wierzcie mi) nie miałem dość czasu, żeby wszystko ładnie zebrać. Na szczęście wyjazd jest w mej pamięci świeży. Pomocne jest ponad 2 i pół tysiąca zrobionych zdjęć, które (wiem, wiem) miałem zamieścić na picasaweb, ale też tego nie zrobiłem. Poprawię się. Żeby nie przedłużać: wyjazd był wspaniały, ciekawy, pouczający i pozwalający spojrzeć na otaczającą nas rzeczywistość pod całkiem innym kątem.

Październik był dla mnie miesiącem podróży. Ósmym wydarzeniem mijającego roku była wyprawa do stolicy Słowenii, Lublany na koncert Dream Theater. Jest to kapela grająca coś co można nazwać progresywnym metalem/rockiem. Dla mnie boskość w każdym calu. Piątka facetów, z których czterech urodziło się z instrumentami, a jeden z mikrofonem raczy mnie genialną muzyką od jakichś jedenastu lat. W końcu nadarzyła się okazja, żeby zobaczyć ich na żywo. Powiem krótko – przejechać 800 kilometrów w jedną stronę by doświadczyć takiego przeżycia – bezcenne.

Dziewiątym osiągnięciem jest coś co jest dla człowieka miłe, ale inaczej niż przyjemności i rozrywka. Zostałem bardzo doceniony w pracy zawodowej (tak to nazwijmy). I bardzo mi miło z tego powodu.

Jedenastym miłym akcentem było sprawienie sobie prezentu na święta w postaci PS3. Grywam rzadko, czasu mam mało, ale pojawiają się gry, w które chciałbym momentami zagrać, a laptop ich nie uciągnie. Stąd też platforma, na której gry się nie tną, nie trzeba dokupować kart grafiki, pamięci czy innych takich tam badziewi. Drugą częścią akcentu grudniowego było osiągnięcie porozumienia z Żydem (ukłon w kierunku Sima, bynajmniej nie jego ucieleśnienia), który kiedyś dał mi glinianą tabliczkę, zamieniając ją teraz na mosiężną. Do dogrania zostało jedynie zaufanie Hanzy i będzie pięknie.

Last but not least. Nie mogące dać się zhierarchizować czy doświadczenie, które trwa już grupo ponad trzy lata. Najpiękniejsze dane mi w życiu uczucie. Najważniejsze dla mnie, pozwalające mi znaleźć energię na wszystko inne. Oczywiście mowa tu mojej lepszej połowie – Ani. Nigdy nie przepadałem za uczuciowym ekshibicjonizmem internetowym, więc tematu nie rozwijam. Ona wie najlepiej.

Na koniec zostawiam doświadczenie bez numeru i precedensu. Niestety nie miłe. Na szczęście jedyne. We wrześniu zakończyłem studiowanie. Nieukończywszy studiów opuściłem mury uczelni na tarczy. Po części dałem dupy, po części uczelnia od dłuższego czasu sugerowała mi żebym sprawdził czy mnie nie ma za drzwiami. Szkoda czasu, pieniędzy i zachodu. Na pewno nie mało stamtąd wyniosłem (kserówek), oprócz dyplomu. Bywa.

Rok zamykam bardzo dobrym bilansem sukcesów do porażek. I życzę sobie by następny charakteryzował się bilansem podobnym.
 
Related Posts with Thumbnails