"Podejrzany"

2010-04-14
 
opinie: 4
 
 Edit Post
Można powiedzieć, że spotkanie z najnowszym polskojęzycznym (oryginał pochodzi z roku 2000) wydaniem Lee Childa „Podejrzany” (The Visitor) zawdzięczam przypadkowi i poniekąd spostrzegawczości. Dzierżąc w dłoni nowego Koontza stałem przy kasie w empiku, kiedy moją uwagę zwrócił jakiś nieporządek na półce zajmowanej od dość dawna przez prozę Childa. Nowy Reacher!

Niezmiennie Lee Child nie cacka się i serwuje nam wartką akcję już od pierwszych kart powieści. Jack Reacher stołując się w miłej włoskiej restauracji, gdzieś w Nowym Jorku, staje się mimowolnym świadkiem próby wymuszenia haraczu. Postępując zgodnie ze swoim kodeksem moralnym postanawia wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę. Nie niepokojony przez nikogo wraca do domu (tak, Reacher ma dom), gdzie zostaje zatrzymany przez FBI. Powodem zatrzymania nie jest uwikłanie się w wojny gangów, a podejrzenie o morderstwo. Otóż okazuje się, że podczas swojej trzynastoletniej służby w żandarmerii Jack poznał dwie kobiety – sierżant Amy Callan i porucznik Caroline Cook. Obie były ofiarami molestowania seksualnego podczas służby w amii, obie z niej odeszły. A teraz obie nie żyją. FBI podejrzewa, że sprawcą jest seryjny morderca, a Reacher doskonal pasuje do profilu psychologicznego opracowanego przez członkinię zespołu dochodzeniowego Julię Lamarr. Miast usłyszeć zarzuty w sprawie Jack zostaje zmuszony do pomocy w schwytaniu sprawcy. Jego wieloletnie doświadczenie podpowiada mu zupełnie inny motyw popełnienia zbrodni niż sugeruje to zespół FBI. Wszystko zaczyna się gmatwać kiedy ginie kolejna kobieta.

Ta powieść różni się nieco od innych poświęconych temu charakterystycznemu bohaterowi - zdecydowanie bardziej zasługuje na miano kryminału niż akcji, jakimi były inne dokonania Childa. Autor niezmiennie, tak charakterystycznie dla siebie, lekko prowadzi wartką akcję okraszając ją inteligentnym, ciętym humorem oraz wieloma technicznymi ciekawostkami. Kreacja bohaterów, ich przemyślenia, niedopowiedzenia, myśli mordercy, fałszywe tropy podane są w znakomity sposób, który niemal zmusza czytelnika do prowadzenia śledztwa wraz z Reacherem i towarzyszącą mu agentką Harper.

Jestem zagorzałym fanem prozy Lee Childa, więc mój osąd jest tym bardziej subiektywny. Niemniej pewien jestem, że każdy fan akcji/sensacji/kryminału/zagadek będzie usatysfakcjonowany ta powieścią. Stąd uważam "Podejrzanego" za pozycję interesującą.

Wydawnictwo: ALBATROS
Rok wydania: 2010
Oprawa: Miękka
Format: 12.0x19.5cm
Język: polski
Ilość stron: 464
ISBN: 9788373599000
Tłumacz: Sokołowski Krzysztof
 

"Niezniszczalny"

2010-04-13
 
opinie
 
 Edit Post
Moja pierwsza styczność z prozą Deana Koontza miała miejsce kilka miesięcy temu. Kręcąc się po empiku w poszukiwaniu jakiegoś kryminału natrafiłem na „Męża” tegoż autora. Opis zamieszczony na okładce mnie zainteresował i nie zawiódł (a to dziwne, bowiem im ciekawszy opis książki tym słabsza zawartość). Niedawno, dzięki Ani, wszedłem w posiadanie „Niezniszczalnego” (Mister Murder).

Głównym bohaterem powieści jest Marty Stillwater – poczytny autor książek kryminalnych. Jest szczęśliwym ojcem dwóch cudownych córek i mężem wspaniałej Paige. Wiedzie spokojne życie w niewielkim, cichym miasteczku w Kalifornii. Pewnego dnia kiedy Marty wraca do domu, pod nieobecność pozostałej części rodzinny, napotyka dziwnego osobnika. Wygląda dokładnie tak jak Marty, ma podobny głos i twierdzi, że Stillwater „ukradł” mu jego życie, rodzinę, wspomnienia. Ten drugi postanawia uporać się ze złodziejem (Martym) i odzyskać żonę, córki, życie. Wywiązuje się szarpanina i strzelanina, w wyniku której mroczny sobowtór zostaje ciężko, niemal śmiertelnie ranny. Kiedy Marty zajęty jest wzywaniem policji klon, nie wiedzieć jakim cudem, znika. Detektyw przybyły wraz z wezwaną policją nie wierzy w przedziwną opowieść Stillwatera, podejrzewając, że ten pragnie zyskać rozgłos przed planowaną premierą nowej powieści. Czy Marty Stillwater uratuje rodzinę i oczyści imię? Czy też klon usunie „złodzieja”?

Koontz nieco inaczej niż w „Mężu” zaczyna akcję. Tam czytelnik zostaje wciągnięty w wir zdarzeń od pierwszej strony. W „Niezniszczalnym” autor buduje nastrój powoli, by potem znacznie przyspieszyć i nie odpuścić do samego końca. Doskonale zbudowane są postaci – przemyślenia autentycznie wystraszonego Martina oraz spaczone myśli jego klona. W szczególności chore podejście do życia tego drugiego dodają tej powieści czegoś niesamowitego. Jakże odmienne może być podejście do tych samych kochanych osób.

Nieniszczalny” to świetny thriller z delikatnymi elementami s-f, które wplecione są w fabułę, by uczynić ją bardziej zaskakującą. Moim zdaniem pozycja warta uwagi.

Wydawnictwo: ALBATROS
Rok wydania: 2008
Oprawa: Miękka
Format: 12.4x19.4cm
Język: polski
Ilość stron: 448
ISBN: 9788373594579
Tytuł oryginału: MR. MURDER
Tłumacz: Kabat Jan
 

"Zaginiony Symbol"

2010-03-15
 
opinie: 1
 
 Edit Post
Nie powiem, żebym jakoś szczególnie wyglądał nowej powieści Dana Browna, lecz kiedy spotkałem się z reklamą "Zaginionego Symbolu" (The Lost Symbol) postanowiłem wejść w jej posiadanie. Do tej pory przeczytałem wszystkie tytuły tego amerykańskiego pisarza, tedy, siłą rozpędu, wypadało zapoznać się z kolejnym.

Nie jest to powieść, która swoim stylem odbiegałaby od poprzednich dokonań autora i nie uważam, aby wpływało to in minus na rozrywkę dostarczaną przez książkę. Trudno mi podważać lub potwierdzać wizje snute przez Browna, gdyż informacje o kościele w USA i ruchu masońskim wykraczają poza moją wiedzę. Nie ulega jednak wątpliwości, że "Zaginiony Symbol" to sprawnie napisany i wciągający thriller.

W "Zaginionym Symbolu" Dan Brown ponownie sięgnął po swojego ulubionego bohatera, Roberta Langdona. Tym razem profesor zostaje wezwany, w trybie pilnym, przez swojego przyjaciela i mentora - Petera Solomona - w celu wygłoszenia wykładu w Kapitolu. Po dotarciu na miejsce okazuje się, że zaproszenie zostało sfingowane, by sprowadzić Langdona do Waszygtonu w ściśle określonym celu. Znaleziona przezeń odcięta i pokryta masońskimi symbolami dłoń Petera Solomona jest początkiem intrygi mającej na celu wyjawienie skrywanego przez wieki sekretu masonów, który może dać człowiekowi tajemną wiedzę i władzę nad światem. Odkrycie tej tajemnicy ma zmienić świat nie do poznania. Robert zostaje dodatkowo przymuszony do rozwiązania zagadki przez bezwzględną panią dyrektor CIA - Sato. Czasu jest niewiele, a zagadek do rozwiązania w bród. Tajemniczy przeciwnik zdaje się być zdolny do wszystkiego. Ponadto dysponuje niezwykłą wiedzą i nieograniczonymi zasobami finansowymi. Odliczanie czas zacząć.
Tik tak, tik tak...

Konstrukcja "Zaginionego Symbolu" jest zbliżona do poprzednich powieści Browna. Mianowicie książka podzielona została na wiele, krótkich rozdziałów, w których śledzimy równoległe poczynania Roberta Langdona, Katherine Solomon oraz mrocznego przeciwnika. Dzięki temu zabiegowi fabuła jest niezwykle dynamiczna. Podobnie jak w "Aniołach i Demonach" czy "Kodzie Leonarda DaVinci" akcja powieści obejmuje zaledwie kilka godzin. Nie brak tu ciekawych zagadek, które zmuszają czytelnika do aktywizacji mózgu i sięgnięcia do źródeł - to naprawdę miła zabawa. Brown nie stroni również od dywagacji na temat masonów, sztuki i zabytków Waszyngtonu.

Bałem się zakończenia powieści, gdyż powszechnie znany jest fakt, że to najsłabszy punkt dokonań Browna. Tym razem nie jest źle i finał jest dobrze wyważony.

Jedyny żal mam do autora za epilog, w którym to przedstawia wyjaśnienie tajemnicy masonów. Przez całą książkę próbujemy ją odkryć razem z Robertem Langdonem. Jej tajemniczość przykuwa do kart książki, rozpala wyobraźnię, pobudza zmysły. A tu na koniec dostajemy wszystko podane na tacy. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby pozostawienie czytelnika w niewiedzy, która mogłaby go zainspirować do zgłębienia tematu na własną rękę.

Niemniej uważam książkę za bardzo udaną. Spełnia swoją rolę - wysila naszą wyobraźnię i dostarcza świetnej rozrywki.

Polecam.
 

"Żmija"

2010-02-13
 
opinie: 2
 
 Edit Post
Po kilku latach przerwy Andrzej Sapkowski powrócił na półki księgarskie z nową powieścią wydaną przez wydawnictwo Supernowa – „Żmija”. Jeden z najbardziej poczytnych autorów polskiej fantastyki ukazuje nam swoje nieznane oblicze.

Jego osiągnięcia są powszechnie znane i lubiane. W „Wiedźminie” uroczył nas światem, lekkością języka i doskonałym warsztatem literackim. Trylogią husycką ugruntował pozycję mistrza fantasy, udowadniając, że można ten gatunek podsunąć dojrzałemu odbiorcy o dużym oczytaniu i wiedzy. Włożył w to wiele pracy – dotarcie do materiałów źródłowych, opanowanie języka staropolskiego i ówczesnych makaronizmów oraz ram historycznych.

„Żmija” może być dla fana Sapkowskiego dużym zaskoczeniem, gdyż mamy tu do czynienia z czymś na kształt paradokumentu z niewielką domieszką fantastyki (autor zapewniał, że będzie jej dużo…). Ponadto objętość powieści nie zachwyca – zaledwie 220 stron.

W „Żmii” autor przenosi nas w drugą połowę lat osiemdziesiątych, do ogarniętego wojną Afganistanu. Praporszczyk (chorąży piechoty) Paweł Lewart wraz z grupą żółtodziobów zostaje przeniesiony do umocnionego posterunku pilnującego okolice drogi łączącej Kabul i Bagram z Dżalalabadem. Dni służby mijają na patrolach, nocnych ostrzałach z autochtonami, piciu, paleniu marihuany i szprycowaniu się heroiną. Marazm i nuda towarzyszące pilnowaniu przełęczy mijają w momencie, kiedy Lewart spotyka tytułową żmiję – uosobienie nadprzyrodzonej mocy, która od wieków chroni Afganistan przed podbojem.

Żmija jest jedynym wątkiem fantastycznym w tej stricte wojennej powieści. Po za tym elementem książka jest niezwykle realistyczna. Momentami, aż do bólu. Historia niewielkiego oddziału ulokowanego gdzieś w górach Afganistanu opisana jest nazbyt szczegółowo. Widać ogrom pracy włożony w dotarcie do materiałów źródłowych oraz czas spędzony z żołnierzami. Skutkuje to nadmierną dbałością o detale techniczne – nazewnictwo broni i terminów wojskowych – oraz językowe. Kiedy dołoży się do tego masę historycznych nazw geograficznych, imion, nazwisk oraz wtrętów z języków rosyjskiego i arabskiego to wychodzi paradokument, nie powieść fantastyczna. Zamieszczony z tyłu książki słowniczek wyjaśnia większość terminów, jednak częste wertowanie go w poszukiwaniu znaczenia „ka-pe-em” czy „ka-pe-pe” z biegiem czasu robi się nużące. Doceniam ogromną wiedzę autora i jego chęć realistycznego oddania klimatu zdegenerowanej Armii Czerwonej u schyłku działań w Afganistanie, lecz to nie sprawia, że książka będzie interesująca.

Kreacja bohaterów leży. To właśnie z niej, między innymi, słynął kunszt Sapkowskiego. Geralt, Jaskier czy Reynevan to były postaci z krwi i kości. Lewart, jako główny bohater zupełnie nie przekonuje. Niby też jest outsiderem, który nie potrafi odnaleźć się w swoim świecie, niby armia jest jakimś jego sposobem na życie, lecz przedstawione jest to na siłę. Pozostałe postaci poznajemy po krótkich notkach biograficznych, a nie po czynach jak zwykł nam swoich bohaterów przedstawiać Sapek.

Motyw żmii posiadającej nadprzyrodzone moce wydaje się być przyćmiony realizmem opisu Armii Czerwonej i jej zmagań w Afganistanie. Koniec końców nie wiadomo czy halucynacje praporszczyka są zasługą mocy żmii czy przedawkowania heroiny.

Ciekawy wydaje się pomysł przywołania w halucynacjach aleksandryjskiego podboju Afganistanu oraz starć 66 pułku piechoty Royal Navy w latach 60 dziewiętnastego wieku. Rozbudowując te wtręty w mini powieści udałoby się lepiej rozbudować symbol żmii i jej wpływu na niepowodzenia agresorów próbujących podbić Afganistan.

Wydaje mi się, że gdyby Sapkowski popracował nad „Żmiją” i rozwinął pomysł napisałby znowu rewelacyjną powieść. Tak wyszedł jedynie szkic, bez głębi i charakteru. Sam sobie zawiesił wysoko poprzeczkę poprzednimi dziełami. Pomimo tego nie żałuję zakupu książki. Czytało się całkiem przyjemnie.
 

"Sankcja Bourne'a"

2010-02-03
 
opinie: 1
 
 Edit Post
Robert Ludlum zmarł w 2001 roku pozostawiając po sobie wiele szkiców powieści. Dorobił się również wielu naśladowców i kontynuatorów, a autor recenzowanej przeze mnie książki jest jednym z nich. Lustbader twierdzi, że podczas seansu spirytystycznego, wezwany przezeń duch Roberta Ludluma przedstawił mu wizje powieści, które on dopracował, uszczegółowił i napisał. Z tego powodu książki napisane przez Erica van Lustbadera jako kontynuacja trylogii Bourne’a sygnowane są nazwiskiem Ludluma.

„Sankcja Bourne’a” to trzecia napisana przez tego autora, a szósta w kolejności, powieść z serii Bourne. Cechą charakterystyczną tego tytułu jest niezwykłe zagmatwanie fabuły i aż nazbyt liczne grono bohaterów. Fakt, że intryga od pierwszych kart książki wciąga i zaskakuje, lecz jej wielowątkowość staje się dosyć uciążliwa z biegiem czasu, co nieco utrudnia odbiór. Bohaterowie są bardzo zróżnicowani, barwnie opisani i dobrze scharakteryzowani. Jednak im bliżej jesteśmy końca tym jest ich więcej. Do tego stopnia, że trudno połapać się kto jest kim i z kim trzyma (może lepiej to wychodzi czytając książkę „od strzału”; mnie to zajęło, niestety, sporo czasu). Polskojęzyczne wydanie zawarło się w 544 stronach, co moim zdaniem jest ilością mocno przesadzoną. Wydaje mi się, że gdyby autor odchudziłby tomiszcze o kilkadziesiąt stron, to jego pomysł zbytnio by nie ucierpiał, a jego przystępność znacznie by wzrosła.

Jason Bourne ukrywa się pod tożsamością Davida Webba – wykładowcy z Uniwersytetu Georgetown. Prowadzi spokojne życie do czasu próby porwania swojego mentora, profesora Dominika Spectra. Profesor uratowany przez Jasona ujawnia mu, że nie jest zwykłym wykładowcą, ale i założycielem i koordynatorem siatki szpiegowskiej mającej śledzić Czarny Legion – organizację terrorystyczną mającą swoje korzenie w nazistowskiej III Rzeszy. Jak łatwo się domyślić Czarny Legion planuje zakrojony na szeroką skalę atak terrorystyczny, którego celem są Stany Zjednoczone. Profesor Specter przekonuje Bourne’a, że jest jedną osobą potrafiącą odnaleźć przywódcę Legionu i poznać celu ataku. Wzmożona działalność Czarnego Legionu interesuje nie tylko CI – Agencję Wywiadowczą, ale i NSA (Agencję Bezpieczeństwa Narodowego), która kierowana przez rządnego władzy i sukcesów Luthera LaValle’a obrała sobie za punkt honoru schwytanie Jasona Bourne’a. Ten dla NSA jest zbuntowanym agentem, który wykonuje swe zadania na granicy prawa lub zupełnie je przekraczając, a LaValle nie ma nad nim żadnej kontroli. Tłem dla rozpracowującego Czarny Legion Bourne’a jest brudna rywalizacja dwóch najważniejszych agencji wywiadowczych USA. Na swojej drodze Jason spotka bezwzględnego, najętego przez Legion zabójcę – Leonida Arkadina, który wychowawszy się w najbardziej brutalnym okręgu Rosji odreagowuje okrutne dzieciństwo zabijając każdego kto wejdzie mu w drogę.

Książkę czyta się bardzo przyjemnie do momentu, kiedy mnogość wątków i nadmiar bohaterów zaczynają przytłaczać. Spisowa intryga jest zmyślnie prowadzona, zaskakując nas do samego końca.

Bez rewelacji, ale jako książka do poduszki sprawdza się doskonale.
 

Fabryka Słów

2010-01-06
 
opinie: 10
 
 Edit Post
Trzeba być świnią i kompletnym ignorantem aby nie docenić wpływu wydawnictwa Fabryka Słów na poziom czytelnictwa naszego społeczeństwa, a głównie młodzieży, która ma największe problemy z czytaniem książek. Wydawnictwo to postawiło na polską fantastykę i chwała im za to. Nie dość, że to rewelacyjny i wdzięczny gatunek, którego formuła ograniczona jest tylko ludzką wyobraźnią autorów (a ta jak wiemy, jest nieograniczona), to jeszcze wypromowali go do poziomów nieznanych w całej historii pisarstwa. Potrafili znaleźć kompromis pomiędzy kosztem produkcji książki (gaża autora, druk, redakcję, promocję), a zyskiem (są firmą, która musi zarabiać by się utrzymać). I do tego zaryzykowali w dwójnasób. Po pierwsze postawili na książkę, w latach w których czytelnictwo sięgnęło dna. Po drugie wybrali polską fantastykę na główny temat wydawnictwa. A fantastyka u nas (pomimo Lema czy Zajdla) była mało popularna. Fabryka Słów swoją wytrwałością osiągnęła sukces jakiego zazdroszczą mu inne wydawnictwa. Są agencją nowoczesną, czerpiącą i korzystającą z najnowszych technologii.

Dzięki tej przemiłej fabryce poznałem Andrzeja Pilipiuka, który stał się jednym z moich ulubionych autorów. Mam na półce wszystkie jego książki i na pewno nabędę kolejne, które popełni w swym twórczym amoku. To dzięki lublinianom poznałem Ziemkiewicza i też wszedłem w posiadanie jego dzieł. Tu też po raz pierwszy spotkałem Pacyńskiego, Grzędowicza czy Piekarę. To właśnie Fabryka Słów trafiła w mój gust i doprowadziła do tego, że czytuję tylko rodzimą fantastykę. Bowiem wydając 30 złotych na książkę wesprę polskiego autora i polską firmę. Liczę na to, że dzięki mojemu wsparciu będą mieli więcej środków i chęci by robić dalej to co robią najlepiej.

Często bywam na stronach Fabryki Słów (k l i k) to szukając dat premier moich ulubionych autorów czy też szukając czegoś nowego. Wracając do zainteresowania FS nowymi kanałami kontaktu z czytelnikami - właśnie zauważyłem, że dzisiaj założyli wydawniczego bloga, którego sam już subskrybuję. W razie "niemca" podaję link i zachęcam do zainteresowania się tym wydawnictwem.

 

"Dziedzictwo Templariuszy"

2007-06-29
 
opinie
 
 Edit Post
Na "Dziedzictwo Templariuszy" Steve'a Berry natknąłem się całkiem przypadkowo podczas jednej z wielu wizyt w EMPIKu (nota bene powinienem mieć zakaz wstępu do tego przybytku, bo jeszcze się chyba nie zdarzyło, abym wyszedł stamtąd bez jakiejś zakupionej książki). Leżała na nowościach. Może okładka nie jest atrakcyjna, lecz tytuł mnie zaintrygował. Cena nie była wysoka (ok. 30 zł), więc bez większego zastanowienia nabyłem tę pozycję. Niestety dwie prace plus zbliżająca się, a następnie trwająca, sesja egzaminacyjna spowodowały, że przeczytanie jej zajęło mi miesiąc z okładem.

Cotton Malone jest byłym agentem specjalnym Departamentu Sprawiedliwości USA, który po rozwodzie przeniósł się do Kopenhagi by wieść spokojny żywot antykwariusza, dzięki pomocy multimilionera i mecenasa sztuki Henrika Thorvaldsena. Pewnego dnia Malone ma spotkać się ze swoją byłą przełożoną, Stephanie Nelle, ale na przeszkodzie staje, jak się początkowo wydawać może, zwykły złodziejaszek. Od tego momentu akcja zaczyna nabierać szybkości. W niedługim czasie bohaterowie przenoszą się w piękne tereny południowej Francji i Pirenejów, by wciągnąć się w poszukiwanie skarbów templariuszy, który wciąż, od XIV, pozostaje w ukryciu.

Każdy z bohaterów ma własną misję do spełnienia. Każdy z nich boryka się z jakimiś problemami, które moga zostać rozwiązane w trakcie poszukiwań. I co najlepsze, nikt z nich nie pragnie bogactwa, a wiedzy.

Powieść ta napisana jest językiem łatwym i przyjemnym. Akcja prowadzona jest poprawnie, choć brakuje tu nagłych, niespodziewanych zwrotów. Postaci są ciekawe tak samo jak tematyka. Czyta się przyjemnie, chociaż nocy dla czytania tej pozycji bym nie zarwał.

Reasumując dla kogoś kto się wychowyał na Panu Samochodziku i lubi tajemnice będzie to ciekawa książka, dzięki której można dowiedzieć się kilku ciekawych faktów z historii. Z resztą bardzo ciekawe jest posłowie, gdzie autor zaznacza elementy, które są faktami i te, które są fikcją.
Polecam.
 
Related Posts with Thumbnails